Monday, 21 April 2008


Spedzilismy cudowny czas na starej estancji Cerro Pellado w sercu Urugwaju.
Farma nalezy do naszych znajomych, ktorzy jednak na niej nie mieszkaja caly rok, tylko wpadaja latem. Przez reszte czasu estancja jest prowadzona przez urugwajska pare; señora Rosana zajmuje sie domem, a señor Pedro gospodarstwem i zarzadza gauchami.
XIX-sto wieczny dom na planie U, zbudowany w stylu kolonialnym z patiem po srodku i ogrodem, jest otoczony starodrzewem i polaciami pol na ktorych pasa sie setki krow, owiec i koni. W obejsciu paleta sie pelno psow, kotow, ptactwa domowego a nawet wsciekle zielonych papuzek, ktore sie okropnie wydzieraja.
Prowadzilismy zycie jak prawdziwi estancieros; konie czekaly na nas rano osiodlane, jedzenie wjezdzalo na stol 3 razy dziennie w ogromnej jadalni, nasza sypialnia i lazienka byly sprzatane, a ogien na kominku palil sie co wieczor zebysmy sie mogli zrelaksowac.
Jak mozecie sobie wyobrazic, zycie pelne ciezkiej pracy i odpowiedzialnych obowiazkow.

We've just spent the most amazing time in the old estancia (working farm) Cerro Pelado in the heart of Uruguay. It belongs to the friends of ours, who however don't live there, put pop in in the summer time. Through the whole year it's run by Uruguayan couple; señora Rosana is a housekeeper and señor Pedro manages the farm and the gauchos.
XIX-th century house on U-shape plan in colonial style with patio and garden is surrounded by old trees and wherever you can see hectares upon hectares of grassland with hundreds of cows, horses and sheep. Farm is stuffed with all kind of creatures like dogs, cats, birds and even lime green parrots which make horrible noise.
We lived life of the real estancieros, with horses waiting every morning to take us for a ride, with food done for us and served 3 times a day in spacious dining room, our room and bathroom cleaned and fire on the fireplace to warm up in the evenings. As you can imagine the life full of hard work and responsibilities.












5 comments:

Anonymous said...

SUPER!! Jak dlugo tam zostajecie? Do konca zycia??.. Nie zdziwilabym sie! :)
Buziaki!! Marska

Anonymous said...

jak to Marska? Chciałabys gdzie indziej niż w sznyclowie?

Cóż Jo ...a w Krakowie wstaje się , jedzie zakorkowanymi ciemnymi ulicami ( bo klimat typowo jesienny) Przez zmokniete szyby obserwuje się świat .....I mimo wszystko nie jest najgorzej ;-) Buziaki J.J

Anonymous said...

Wierzyć się nie chce, że to już 4 miesiąc... Z wpisów wynika jakbyście się co najmniej do równoległej rzeczywistości przenieśli. No z czym do ludzi, którzy użerają się z PITami, szefami, sąsiadami i innymi przypadłościami :))
Pisz pisz - przynajmniej mamy własną telewenezuelę. Jeszcze prosimy wątki romantyczne :))
Duszek

Anonymous said...

No, w sumie to oczywiście, że nie chciałabym gdzie indziej niż w Sznyclowie, ale tak na chwilkę owszem.. oczywiście, gdybym potem mogła wrócić do wspaniałych Sznycli o ułańskiej fantazji, geście Onasisa i bogatym wnętrzu conajmniej Słowackiego.. bo jak ich mam tak cały czas na codzień, to jakoś.. nie doceniam ;-)

No, ale ten czas leci: też sobie wczoraj pomyślałam, że to już cztery miesiące, że to już za połową. Szok! Bawcie się dobrze i ja również proszę o parę romantycznych pikantnych kawałków, nie tylko opisy przyrody, bo zaczne opuszczać, jak czytając "Nad Niemnem" ;-)

Buziaki!
Marska.

jo said...

Dobra, cos sprobuje wyluskac z naszego bujnego pozycia romantycznego, troche ocenzurowac, bo nie daj bog dziatwa jakas przeczyta, i wsadze na bloga, na wyrazne zyczenie czytelnikow. Zdjec nie obiecuje jednakowoz.
Juz wyjechalismy niestety z estancji, bylismy prawie 2 tygodnie, ale ja bym mogla na zawsze! Teraz smy sa w Paragwaju (nazwa prawie taka sama, ale dla odmiany chujowo). Dam znac!