Monday, 31 March 2008



Spedzilismy kilka dni w Buenos Aires.
I chociaz wielkie miasta jak to, nie naleza do moich ulubionych miejsc, to musze przyznac, ze BA pod koniec lata jest bardzo urokliwe. Moze sprawia to roznorodnosc dzielnic, od nowoczesnego, zapchanego biurowcami city, przez przypominajaca Paryz elegancka i wybudowana z rozmachem Recolete, do ciasnych, portowych uliczek pomalowanej w krzykliwe kolory La Boca.
I moje ulubione San Telmo, jak powiew dawnej kolonialnej swietnosci.
Tak czy inaczej, to bylo znakomite miejsce na spedzenie 33 urodzin.

Just a couple of days in Buenos Aires.
Although huge cities of this kind are not really my cup of tea, late summer in BA is very appealing.
Maybe it's variety of districts, from contemporary city, Paris-like posh Recoleta, to bright painted dock area in La Boca. And of course my favourite San Telmo, like a scent of old colonial glory.
Anyway it was perfect place to spent 33-th birthday.

SAN TELMO

LA BOCA

RECOLETA

SAN TELMO

Saturday, 29 March 2008









Przez 5 dni trzeslismy tylki na konskich grzbietach (oni to zwa tutaj "cabalgata") po gorach w okolicy El Bolson, stromych prawdziwych gorach, nie zadnych tam pagorkach.
Czasem bylo tak stromo i na dodatek slisko, ze nawet koniki tracily stoicki spokoj.
Shake your ass babe! 5 days on the horse back ( so called 'cabalgata'), up and down the mountain track, sometimes that steepy and slippery that even horses lost their poker faces.




Nasz przewodnik, gaucho o imieniu Carlos podczas obowiazkow
Our guide, gaucho, named Carlos on his duty


Cudne miejscowe widoczki ...The beauty of the area of El Bolson

Sunday, 16 March 2008

Pewnego razu, byla sobie droga. Ale nie taka zwyczajna droga.
Ta biegla z poludnia od Ciesniny Magellana, az do polnocnej prowincji Jujuy, przez cala Argentyne wzdluz jej zachodniej granicy. Ludziska zwali ja "Ruta 40", ale niektore jej odcinki znane byly rowniez pod nazwa " koszmar kierowcow"...
My mielismy przyjemnosc przejechac takim wlasnie odcinkiem.
Z El Chalten, malej miejscowosci przycupnietej pod masywem Fitzroy, czczonym przez Indian Araukanow jako "bog dymu", do El Bolson, mista hippisow w prowincji Rio Negro: ponad 1000km przez zupelna pustke, z pampa rozciagajaca sie az po horyzont, niebem nad glowa i oczywiscie z NIA - droga numer 40. Droga ziemna, piaskowa, kamienista, ale z cala pewnoscia bez kawalka asfaltu. Autobus wygladal jak woz bojowy z przednia szyba zabezpieczona metalowa krata, ktora miala chronic ja przed odpryskujacymi kamieniami. Niestety nic nie chronilo nas w srodku przed telepaniem na wszystkie strony.
Po 25 godzinach jazdy bylismy lepiej wstrzasnieci niz bondowskie martini.
Jedyna nagroda byly wschody i zachody slonca, zaliczylismy 3 na trasie, nieporownywalne do zadnych innych, niesamowity spektakl barw i swiatla rozciagajacy sie nad pustynia...




Once upon a time there was a road...
Long, windy road running from Magellan Strait up north to Jujuy province
through the whole Argentina along it's west border.
People used to call it 'Ruta 40' but some of it's parts were called 'motorists nightmare'...
We had a pleasure to take THAT part.
From El Chalten, the tiny settlement at the bottom of Fitzroy massif respected by Araucanian tribes as a 'god of smoke', to El Bolson the 'hippie' town in Rio Negro: over 1000km through the middle of nowhere, just pampa desert up to the horizon, sky above and IT- the road. The gravel, sandy, rocky but definitely no asphalt. The bus front windscreen was protected by a steel grid from striking pebbles but nothing could protect us inside from joggling. After 25 hours we've been better shook than Bond's martini.
The only reward were sunrises and sunsets, we've seen 3 of them, better then anywhere else, stretching on the sky like a lights and colours spectacle you couldn't forget.

Wednesday, 12 March 2008

To byl blad.

Z uroczego Puerto Natales pojechalam autobusem do slynnego parku narodowego Torres del Paine, miejsca numer jeden do zobaczenia w poludniowym Chile, zeby spotkac sie z R. po jego 3-y dniowym samotnym trekkingu przez park. Z namiotem, spiworkami, karimatami i jedzeniem na 2 dni, ruszylismy wzdluz dosc stromej doliny, zeby pod wieczor dotrzec do kamienistego kampingu gdzie spedzilismy lodowata noc.
A z samego rana zaczelo sie szalenstwo...
Pobudka przed switem, bez sniadania, bez umycia zebow, z cieplego spiwora tak jak stalismy zaczelismy sie wspinac przez jakas godzine po bardzo stromym i niestabilnym osuwisku skalnym w towarzystwie innych swirow. Wszyscy wygladali jak jakies cholerne robaczki swietojanskie z latarkami na glowach (o 5 rano bylo zupelnie ciemno) i mieli ten niepokojacy fanatyczny blask w oczach.
Wspinalam sie, a raczej pelzlam na brzuchu jak Gollum z jednej skaly na druga, uzywajac wszystkich wypustek zeby nie odpasc i syczac wszystkie okropne slowa, ktore znam i zastanawiajac sie co ja tam do cholery robie?
W koncu je zobaczylam: 3 granitowe wieze jak gigantyczne paluchy sterczace w niebo z blekitnym jeziorkiem ponizej, w pierwszych promieniach wschodzacego slonca. Musze byc szczera, naprawde robia ogromne wrazenie. Ale czy bylam usatysfakcjonowana ze tam wlazlam? Ani troche! Tam byli ludzie starsi niz ja a nawet dzieci, wszyscy szczesliwi jak skowronki...
Coz moge powiedziec? Nigdy nie zrozumiem duszy ludzi chodzacych po gorach...


It was a mistake.

From lovely Puerto Natales I took the bus to the world famous Torres Del Paine NP (the 'must see' number one in south Chile) to meet R. after his 3 day long lonely trekk through the park. With a tent, sleeping bags and mats, food for 2 days, we went up a long and steepy valley to spend the freezing night on the rocky campiste.
And the very next morning the madness began...
Get up before the sunrise, no breakfast, no teeth brushing, just jump out of the sleeping bag and climb for an hour or so, up the uneven, steepy slope of rocks and stones, in a company of other freaks. They all looked like some fucking fireflies with forhead torches (5am- pitch black!) and with fanatic look in their eyes.
I climbed or rather crawled from one rock on another, brethless, using my feets, elbows, knees and fingers, in very Gollum-like style, whispering all dirty words I knew and wondering what the heck I was doing there?
Finally I saw them: 3 granite towers like the giant fingers with turquoise lagoon beneath in first sun glow. Don't get me wrong, they are truly magnificent. But was I proud of myself that I managed?
You bet I was NOT! There were people up there twice as old as me and even kids!
What can I say? I'll never get climbers and high mountains trekkers...

Saturday, 1 March 2008

Co byscie zrobili po 45 godzinach w drodze gdy juz dotarliscie na miejsce?
No wlasnie: najesc sie i wyspac...
Puerto Natales, miejsce, w ktorym sie obudzilismy, jest na samym koniuszku poludniowej Patagonii, na polnoc od Arktyki i krainy Magellanes, lezy nad zatoka Seno Ultima Esperanza ( co znaczy Ostatniej Nadziei:)
Fjordy, kanaly, wyspy, gory i lodowce tworza unikatowe piekno tego wietrznego ( wiatr do 120km/godz) ale zapierajacego dech w piersiach miejsca.
Przez najblizszych pare dni 51º43'39" dlugosci poludniowej bedzie moim domem.
Miasteczko wyglada jak Cicely z "Przystanku Alaska" i tylko brakuje losia spacerujacego srodkiem ulicy. Nie mialabym nic przeciwko spotkaniu doktora Fleishmana albo Chrisa "o poranku", zwlaszcza ze nasz hotelik miesci sie nad miejscowa rozglosnia radiowa.
R. pojechal sie wspinac i powaznie trekingowac po parku narodowym Torres del Paine, a ja postanowilam powozic dupsko na koniach. Konie tutaj sa jak wielkie krowy, nie kopia, nie gryza i lubia byc miziane. Jezdzi sie z wodzami nonszlancko w jednej rece, z druga oparta o biodro. Strzemiona nisko, prawie na wyprostowanie nog, a siodlo nie plaskie jak w Europie, ale wygodna kulbaka. No tak to ja rozumiem!

Mam wrazenie ze jestem na koncu swiata i choc teoretycznie to jeszcze nie jest najdalszy na poludnie wysuniety kawalek ladu, poniewaz my juz nie pojedziemy dalej, dla nas pozostanie krawedzia swiata.



What would you do after 45 hours in the road once you hit your destination?
Exactly: get some food and have some sleep...
Puerto Natales, the place we woke up in, is located in the extreme south of Patagonia, on the north edge of Arctic Magellanes region, by fiord Seno Ultima Esperanza (The Last Hope:)
Fiords, canals, islands, mountains and glaciers form the unique beauty of this windy (wind up to 120km/h) but breathtaking place.
For a couple of days, 51º43'39" Southern Latidude is going to be my home.
City looks like Cicely from "Northern Exposure", just a moose walking down the street is missing.
I wouldn't mind to meet dr. Fleishmann or divine DJ Chris - especially that we've stayed in hospedaje on the top floor above the local radio station.
R. went for serious trekking in the National Park Torres del Paine while I decided to stay and have some horse back riding instead. Horses here are like a big cows, don't bite, don't kick and they love to be rub and cuddle. You ride with both reins in one hand, the other hand on your hip. Stirrups very long but saddle is deep and padded so you seat firmly.

Being here feels like the end of the World, which technically is not yet, but we wan't be any further south, so for us that's it.