Poludnie Chile przypomina mi ksiazki, ktore czytalam bedac dzieckiem. Pionierzy, osadnicy, dziewiczy, smagany wiatrem krajobraz, drewniane lub okladane blacha falista domki, sprawiajace wrazenie jakby mialy nie przetrwac nastepnej zimy...
Wcisnieta miedzy gory i ocean, upstrzona osniezonymi szczytami wulkanow, czilijskia kraina jezior ma to wszystko. I w przeciwienstwie do polnocno amerykanskiego dziekiego zachodu, zamieszkana jest w wiekszosci przez rdzennych mieszkancow, ktorzy stanowia bardzo silna etnicznie i politycznie spolecznosc.
Tak wiec mysmy:
- spali z widokiem na dymiacy stozek wulkanu
- moczyli dupska w naturalnych goracych zrodlach i leczniczym blotku
- plywali w powulkanicznej lagunie o czarnym piasku
- spedzili dzien sw. Walentego na kempingu "Utracony raj" ( czyz nie idealna nazwa?)
- spotkali wielkiego, kudlatego pajaka, zwanego tu pieszczotliwie "Pollito", co znaczy kurczaczek
- ja prawie adoptowalam 5.674.351 bezdomnych psow
- zaliczylam pierwsza i mam nadzieje, ze ostatnia, "zemste Montezumy"
i oczywiscie spedzielismy dluuugie godziny we wszelkiej masci autobusach. Niecierpie autobusow!
Nastepny raport z antypodow, czyli tak daleko jak nam sie uda dojechac na koniec Swiata.
ps. rury kanalizacyjne w Chile maja tylko 50mm srednicy, wiec nie mozna wrzucac papieru toaletowego do kibelka, tylko do kosza na smieci. Ochyda, ale rury by tego nie wytrzymaly...
Wild, wild south of Chile is pretty rough and reminds me all the books I've read when I was a kid. Pioneers, settlers, unspoiled, windy landscape, timber and tin cladded houses looking like they wouldn't survive next winter...
Stucked between mountains and ocean, pointed by snowy volcano's peaks, Chilean Lake District has it all. And unlike the North American middle west, is inhabited mostly by natives who are not only the majority in here, but also a very strong and dynamic etnic group.
So, we have :
- slept with the view on steaming (!) volcano
- had natural hot springs and mud treatments
- sweamt in black sanded lagoon
- spent St. Valentines Day on a campsite "Lost Paradise"( isn't it perfect name?)
- have been crossroaded by giant hairy spider who's called here "Pollito" - little chicken
- I almost addopted 5.674.351 homeless dogs
- I got my first and I hope the last "Montezuma's revenge "
...and of course we've spent hours and hours in buses. I hate busses!
Next raport from the End of the World.
ps. the toilet pipes in Chile are only dia 50mm so you are not allowed to flush toilet paper down the toilet, but you have to throw it in the waste basket! Gros but pipes just can't handle it...
Friday, 29 February 2008
Monday, 11 February 2008
W Chile sa dwie stoilce. Ogromne Santiago De Chile i bardzo klimatyczne Valparaiso.
Santiago, dwunastomilionowy betonowy gigant, jest glosne i bardzo zanieczyszczone.
Palac prezydencki La Moneda w ktorym prezydent Allende poniosl smierc, strzezony przez zolniezy w mundurach wzorowanych na mundurach Wehrmachtu, przypomina o totalitarnej przeszlosci kraju.
Valparaiso z kolei to duzy oceaniczny port, rozciagniety na stromych wzgorzach spogladajacych na port i Pacyfik. Wysokie, pomalowane w jaskrawe kolory domy i restauracyjki ze swietnymi owocami morza ciagna sie wzdluz waskich uliczek.
Wszedzie mnostwo psow i kotow, niestety bezdomnych, ktore calymi watachami pokladaja sie na ulicach. Nie wygladaja na zbyt nieszczesliwe, ale i tak mi smutno.
Stad wyruszamy na podboj dzikiego poludnia.
PS. W ciagu dwuch dni widzielismy 3 domy Pabla Nerudy w trzech roznych lokalizacjach. A to nie wszystko!
Chile has two capitals. Giant Santiago and atmospheric Valparaiso.
First is like 12 million people concrete jungle, noisy and smogy. La Moneda, president's palaise where president Allende died (or were killed) guarded by soldiers wearing Wehrmacht -looks like uniforms, reminds diktatorship past .
Valparaiso - big port town spreaded on the steepy hills overlooking harbour and Pacific Ocean.
XIXth century houses painted in vibrant colours and restaurants with excellent see food clutter along narrow streets.
Cats and dogs are everywhere. Like in other SA cities, most of them lives on the streets. It's little bit depressing, they don't belong to anybody, but apparently they doing just fine.
From here we are heading south. Wild, wild South!
PS. In two days we've visited 3 (!!) of Pablo Neruda's houses, in three different locations. He must have been a real property braker.
Santiago, dwunastomilionowy betonowy gigant, jest glosne i bardzo zanieczyszczone.
Palac prezydencki La Moneda w ktorym prezydent Allende poniosl smierc, strzezony przez zolniezy w mundurach wzorowanych na mundurach Wehrmachtu, przypomina o totalitarnej przeszlosci kraju.
Valparaiso z kolei to duzy oceaniczny port, rozciagniety na stromych wzgorzach spogladajacych na port i Pacyfik. Wysokie, pomalowane w jaskrawe kolory domy i restauracyjki ze swietnymi owocami morza ciagna sie wzdluz waskich uliczek.
Wszedzie mnostwo psow i kotow, niestety bezdomnych, ktore calymi watachami pokladaja sie na ulicach. Nie wygladaja na zbyt nieszczesliwe, ale i tak mi smutno.
Stad wyruszamy na podboj dzikiego poludnia.
PS. W ciagu dwuch dni widzielismy 3 domy Pabla Nerudy w trzech roznych lokalizacjach. A to nie wszystko!
Chile has two capitals. Giant Santiago and atmospheric Valparaiso.
First is like 12 million people concrete jungle, noisy and smogy. La Moneda, president's palaise where president Allende died (or were killed) guarded by soldiers wearing Wehrmacht -looks like uniforms, reminds diktatorship past .
Valparaiso - big port town spreaded on the steepy hills overlooking harbour and Pacific Ocean.
XIXth century houses painted in vibrant colours and restaurants with excellent see food clutter along narrow streets.
Cats and dogs are everywhere. Like in other SA cities, most of them lives on the streets. It's little bit depressing, they don't belong to anybody, but apparently they doing just fine.
From here we are heading south. Wild, wild South!
PS. In two days we've visited 3 (!!) of Pablo Neruda's houses, in three different locations. He must have been a real property braker.
Monday, 4 February 2008
No tak, byloby za pieknie gdyby wszystko poszlo zgodnie z planem. Krotko mowiac utknelam jak korek w wannie, w Madrycie. Miejsce ani szczegolne, ani okolicznosci niezbyt sprzyjajace. W skutek wielu niezbyt pomyslnych zbiegow okolicznosci i bledow linii lotniczych, nie polecialm w sobote w nocy, ani nawet nie w niedziele, ale przebukowali mnie laskawie na... srode, ole! Nie ma to jak leciec w szczycie sezonu. Dwa dni spedzone na lotnisku Barajas stworzyly ze mnie znawce tego miejsca, moglabym oprowadzac wycieczki. Co wiecej bieganie jak z piorem od okienka LAN do okienka Iberii i nazad, wzmocnily miesnie nog, plecow i posladkow i znacznie wzbogacily moje hiszpanskie slownictwo. Taaa.
Cwicze faze "ommmm" i staram sie dotrwac...
Wynajelam rozowy (sic!) pokoik w pensjonacie prowadzonym przez zabawna pare starszych Kubanczykow, ktorzy mowia mieszanina wszystkich jezykow Swiata lacznie z jezykiem migowym.
Nic to, byleby do srody.
....................................................................................................................................
Not in Chile yet.
Stucked in Madrid for many reasons, but mostly because of BA fault and not giving me a boarding card all the way to Santiago. So I didn´t fly either on Sat night, or on Sunday, but I´flying on... Wednesday! Yes, couple days of waiting and I´ll be there!
I can´t say I like Madrid in these circumstances...
I´ve spend 2 days on the Barajas Airport, I can be an tour guide for now. What is even more rewarding, running from LAN desk to Iberia customer service and back, for 48 hours, made my legs, back and bum really fit.
I´m trying to be Zen Jo (just like you Jacqui!).
I got a pinky room in a tiny hostel managed by older cuban couple who can speak al the languages of the world in the same time.
Well, I guess all I can do now is to wait...
Subscribe to:
Comments (Atom)
