To byl blad.
Z uroczego Puerto Natales pojechalam autobusem do slynnego parku narodowego Torres del Paine, miejsca numer jeden do zobaczenia w poludniowym Chile, zeby spotkac sie z R. po jego 3-y dniowym samotnym trekkingu przez park. Z namiotem, spiworkami, karimatami i jedzeniem na 2 dni, ruszylismy wzdluz dosc stromej doliny, zeby pod wieczor dotrzec do kamienistego kampingu gdzie spedzilismy lodowata noc.
A z samego rana zaczelo sie szalenstwo...
Pobudka przed switem, bez sniadania, bez umycia zebow, z cieplego spiwora tak jak stalismy zaczelismy sie wspinac przez jakas godzine po bardzo stromym i niestabilnym osuwisku skalnym w towarzystwie innych swirow. Wszyscy wygladali jak jakies cholerne robaczki swietojanskie z latarkami na glowach (o 5 rano bylo zupelnie ciemno) i mieli ten niepokojacy fanatyczny blask w oczach.
Wspinalam sie, a raczej pelzlam na brzuchu jak Gollum z jednej skaly na druga, uzywajac wszystkich wypustek zeby nie odpasc i syczac wszystkie okropne slowa, ktore znam i zastanawiajac sie co ja tam do cholery robie?
W koncu je zobaczylam: 3 granitowe wieze jak gigantyczne paluchy sterczace w niebo z blekitnym jeziorkiem ponizej, w pierwszych promieniach wschodzacego slonca. Musze byc szczera, naprawde robia ogromne wrazenie. Ale czy bylam usatysfakcjonowana ze tam wlazlam? Ani troche! Tam byli ludzie starsi niz ja a nawet dzieci, wszyscy szczesliwi jak skowronki...
Coz moge powiedziec? Nigdy nie zrozumiem duszy ludzi chodzacych po gorach...
It was a mistake.
From lovely Puerto Natales I took the bus to the world famous Torres Del Paine NP (the 'must see' number one in south Chile) to meet R. after his 3 day long lonely trekk through the park. With a tent, sleeping bags and mats, food for 2 days, we went up a long and steepy valley to spend the freezing night on the rocky campiste.
And the very next morning the madness began...
Get up before the sunrise, no breakfast, no teeth brushing, just jump out of the sleeping bag and climb for an hour or so, up the uneven, steepy slope of rocks and stones, in a company of other freaks. They all looked like some fucking fireflies with forhead torches (5am- pitch black!) and with fanatic look in their eyes.
I climbed or rather crawled from one rock on another, brethless, using my feets, elbows, knees and fingers, in very Gollum-like style, whispering all dirty words I knew and wondering what the heck I was doing there?
Finally I saw them: 3 granite towers like the giant fingers with turquoise lagoon beneath in first sun glow. Don't get me wrong, they are truly magnificent. But was I proud of myself that I managed?
You bet I was NOT! There were people up there twice as old as me and even kids!
What can I say? I'll never get climbers and high mountains trekkers...
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

3 comments:
Oj Kochana! Lacze sie z Toba w bolu! Wszyscy ktorzy chodza po gorach sa po prostu nienormalni i jesli sie da, nalezy sie trzymac od nich z daleka.. no ale jak widac, czasem sie nie da. Podziwiam Cie wiec za samozaparcie i ograniczenie sie jedynie do niecenzuralnych sykow! No i oczywiscie zycze jak najwiecej plaskich terenow w dalszej podrozy! Buziaki! Marska
Moja Ty bido ziemniaczana! Serce mi sie kraje jak sobie pomysle, ze to TY to musialas przezyc... Ale pomysl, ze teraz to juz bedzie tylko lepiej :)))
Napisz, co będziecie robic w Wielkanoc? Bedziesz szukac jajek, czy bedziesz robic za zajaczka?
Buzi
Agnieszka
Wsciekle suki kochane, wiedzialam ze gdzie jak gdzie, ale u was znajde zrozumienie...
Wielkanoc jest wielka niewiadoma, na razie wybieramy sie na jazde konna przez 5 dni, wiec swieta mozliwe ze spedzimy na obkladaniu odparzen i obtluczen lodem. Zdam relacje niezwlocznie.
Post a Comment